Sandacz

Koguty

Dodano: czerwiec 5th, 2010 by admin  |  Comments Off

koguty sandaczowe

koguty sandaczowe

„Koguty” - przynęty, które przeszły już do klasyki spinningu w Polsce. Stało się tak głównie za sprawą połowów sandaczy. Zbiorniki zaporowe, jeziora, twarde dno i bombardowanie onego jigowymi łbami, zaopatrzonymi w kryzę i ogonek z piór. Opracowań na temat kogutów, technik i sposobów łowienia nimi, wzorów, materiałów użytych do ich produkcji jest już w sieci całe mnóstwo. Koguty sprzedawane są w sklepach internetowych, naziemnych i na allegro. Mimo, ze chyba żaden większy producent przynęt ich nie wytwarza. Większość z oferowanych kogutów to rzemiosło. W mediach związanych z wędkarstwem naczytałem się naprawdę sporo na ten temat. Chociaż sam koguty zacząłem „kręcić” już dawno temu, zanim przynęty te zyskały sławę i rozgłos. Moje pierwsze kogutki były przeznaczone na niewielkie ryby: okonie, klenie, pstrągi. Były zrobione w prosty sposób, na zwykłym jigowym haku, za pomocą najprostszych komponentów. Wyglądały ohydnie, ale ryby łowiły. Zacząłem je produkować z „braku laku.” Na początku lat 90-tych nie było zbyt dużego wyboru gumek. W sklepach były 2-3 wielkości twisterów w gamie do 5 kolorów każdy. Ja miałem kilkanaście lat i nie dysponowałem zbyt wielkimi możliwościami finansowymi. Pierwszego w życiu koguta ujrzałem u pewnego spinningisty – muszkarza. To on mi je pokazał. Kręcił dla siebie muchy, a także robił inne przynętowe wynalazki. Pokazał mi jak prostą przynętą jest kogutek i jak łatwo i szybko można go wykonać. Chociaż ów wędkarz dysponował sporym zasobem piórek, sierści i innych materiałów muszkarskich, to zapewnił mnie, że to wszystko jest zbędne. Uzbierałem więc piórka, które znalazłem na ziemi w różnych miejscach. Należały do zwykłego ptactwa: kaczek, gołębi i innych. Do tego wystarczyła główka jigowa, wiskoza lub kawałek gąbki na kryzę i nić – byle jaka, zabrana mamie z szafy. Zrobiłem kilka sztuk i zaczęło się łowienie. Kogutki w niczym nie ustępowały gumkom na jigach w skuteczności. Bywały dni, że były nawet lepsze. Łowiłem i łowiłem, ciesząc się, że mam przynęty za pół darmo, a po jakimś czasie ujrzałem w prasie wędkarskiej artykuły o kogutach. Wiele z owych opracowań były w ten sam deseń, który można przybliżyć jednym zdaniem: „Zbiorniki zaporowe i rasowi sandaczowcy, którzy trzaskali mętnookie ryby na swoje tajne sierściuchy.” ;-) W jednym z opracowań jakie widziałem było sporo na temat główki jigowej użytej w produkcji. Sprawa dotyczyła także kotwiczki na drucie montażowym oraz kącie zamontowania oczka w stosunku do stelażu, na którym jest kotwica. Koguty w swoich opisach opisywane były jako „przynęty sandaczowe”, do łowienia z łodzi na zbiornikach zaporowych. Duże głębokości, na których przebywały sandacze oraz niecodzienna technika „orania dna” ciężkim kogutem i spore straty na zaczepach, determinowały stosowanie właśnie takich przynęt, uzbrojonych w tenże sposób. Kąt nachylenia kotwiczki tłumaczony był mniejszą podatnością na łapanie zaczepów oraz skuteczniejszą chwytnością podczas zacięcia ryby, która wleczoną po dnie przynęty atakowała z reguły od góry. Do tego dorabiane były całe ideologie o wędziskach, kołowrotkach i tym podobne… Trochę zgłupiałem. Na koguty o masie łba 35-45 g nigdy nie łowiłem. Ja sam takich przynęt nawet nie widziałem na oczy. Ba! Szczerze mówiąc nie przyszło mi go głowy wykonać samemu taką przynętę i łowić w taki sposób. Ale cóż – uczyć się trzeba od najlepszych. Oczywiście odlewanie główek na stelażach i zakładanie nań potrójnych kotwiczek nie wchodziło w grę. Pozostałem przy zwykłej, klasycznej główce jigowej. Zrobiłem kilka sztuk kogutów na jigach o masie 30-40 g. O łowieniu z łódki mogłem wówczas pomarzyć. Zatem pozostało bombardowanie z brzegu. Ryb zero! Na swoje lżejsze koguty łowiłem w inny sposób. Zwyczajnie nimi jigowałem na większości rodzajów dna, a czasem też wpół wody i pod powierzchnią. Sandacze na tak prowadzoną przynętę brały. Oprócz nich, głównie w rzekach zdarzały się inne ryby, z boleniami włącznie. Ciężkie „oranie dna” przestałem stosować na swoich łowiskach z postanowieniem, że pobawię się tą techniką, jak dosiądę łódki na jakimś zbiorniku o sporej głębokości, gdzie sandaczy nie brak. Po jakimś czasie w prasie wędkarskiej ukazywały się kolejne artykuły. Pisane były przez redaktorów owych gazet lub przez wędkarzy, którzy sami koguty produkują i nimi łowią. Wywnioskowałem z nich jedno: co kraj to obyczaj. Inaczej konstruowali swoje koguty wędkarze z każdej części polski. Każdy oczywiście zachwalał że jego są najlepsze i najłowniejsze. W późniejszym okresie na forach internetowych doszukałem się nawet kilku dyskusji o wyższości jednego rodzaju koguta nad drugim. „Kogutowcy” przekonywali, jaka kryza jest lepsza, jaki kąt nachylenia oczka do stelaża, z jakich piór ma być ogon, jaka kolorystyka, gramatura itd. itp. Próbowałem dociec skąd się wogóle wzięły te przynęty. Po przekopaniu połowy sieci nie znalazłem żadnych wiarygodnych informacji na ten temat. Powstały więc prawdopodobnie w kilku miejscach naraz, a z owych pierwotnych wynalazków teraz wyodrębniło się kilka „kogutowych szkół.” W sprzedaży napotkałem już parę razy rozmaite rodzajów kogutów. Ogólnie ze względu na konstrukcję można je podzielić na kilka rodzajów.

1.Koguty na główkach jigowych

Wśród nich można znaleźć całą masę podrodzajów i podgrup. Na stosunkowo niewielkich hakach, na długich. Poza tym do ich montażu używane są różne rodzaje główek jigowych: okrągłe, stand’upy, erie itd. Sam też kombinuję z rodzajami główek, jak „coś kręcę” na potrzeby własne.

2.Koguty na stelażach z kotwiczką znajdującą się blisko ciężarka
Są najczęściej spotykane. Sprzedawane są w sklepach internetowych. Przykładowo – koguty Tomka Krzyszczyka.

3.Koguty na stelażach z kotwiczką znajdującą się nieco dalej od ciężarka
To chyba jakieś Małopolskie wynalazki. W sieci ich raczej nie widziałem do kupienia. Są jednak do nabycia w kilku krakowskich sklepach.

Wracając do meritum tematu kogutów. Oprócz „orania dna” na ciężko, można tymi przynętami łowić na zupełnie inne sposoby, a zdobyczami będą nie tylko sandacze. Ja na swoje brzydale zrobione z byle czego, łowię: okonie, wzdręgi, ukleje (ultralight, gdzie główka nie przekracza 2,5g), pstrągi, klenie, jazie, a także bolenie, szczupaki i oczywiście sandacze. Znam jednego wędkarza, dla którego kogut jest przynętą numer 1 podczas połowów suma w Wiśle. I jest to całkiem uzasadnione. Koguta można w łatwy sposób nasączyć substancją zapachową, a dla sumów węch to jeden z podstawowych zmysłów (obok smaku i linii bocznej) podczas poszukiwania pokarmu. Jaki jest sens stosowania dzisiaj kogutów? Mamy gigantyczną liczbę wzorów gumek, którymi możemy zbroić jigi. Po co stosować koguty? Te „kupne” są drogie i kosztują od 9 do 14 zł… Wiem, wiem, pióra marabuta lepiej falują lepiej niż piórko gołębia z którego zrobi się ogonek samemu. Stosunek powierzchni i materiału z którego wykonana jest kryza, do ciężaru główki jest bardzo ważny… ;-) To dlatego sandacze pływają zawsze z kątomierzem do sprawdzenia kąta oczka do stelażu i inną aparaturą pomiarową do badania materiałów produkcyjnych i tym podobnych. Siłą koguta jest w rzeczywistości głównie wędkarz, który nim łowi. To właśnie technika prowadzenia i dobrze dobrany zestaw, w głównej mierze odpowiadają za skuteczność połowów kogutami.

Skomentuj na forum: http://extreme-fishing.pl/forum/showthread.php?tid=93

Czerwiec – w końcu łowimy sandacze!

Dodano: maj 30th, 2010 by admin  |  Comments Off

Maj się kończy. Sezon szczupakowy – cienko. Jeden mały zbiornik wodny i tylko kilka ledwo wymiarowych szczupaków na koncie. Ale z drugiej strony – w poprzednim sezonie ze szczupakami było jeszcze gorzej. W Wiśle ich brak, a łowiłem głównie tam i więcej kleni, jazi i bolków siadło. Ale mniejsza z tym. Pora na sandacze 2010 się zbliża. Trzeba się było dosprzętowić, uzupełnić pudełka z przynętami i dokupić inne gadgety. Na pierwszy ogień poszła plecionka. Do „Whiplasha pro” o mocy 20 LB, który mam na multiku, dołączyło PP 8 LB na stałoszpulową Ticę.

Zestawikami będę łowił dwoma – tymi samymi co szczupaki. Czyli Tica Libra 3000 SA + Kushiro Lancer 4-16 g. Oraz multik okuma sparowany z pinnacle vision. Z tymże ten ostatni kijek zostanie zamieniony na Rozemeijera qualifier jerka 30-60 z początkiem lipca (uwaga sum! :-) ), a szpulka w okumie na głębszą z pletką 30 LB. Ale mniejsza z lipcem i sumami. Jeszcze miesiąc pozostał, a Wisła cały czas wygląda nienajlepiej i łowić się w niej nie da…

Oprócz obowiązkowych przynęt konieczne będzie jeszcze kilka bajerów. Muszę odszukać swą latarkę czołową (zaginęła gdzieś). Czerwcowe sandacze lubię poławiać po zmroku i bez „czołówki” sobie tego nie wyobrażam. Zakupiłem ostatnio kilka główek jigowych o gramaturze od 10 do 20g. Bowiem mętnookie rybska kojarzą mi się właśnie z tymi przynętami. Zapas gumek – kopyta, wormy, warany, tuby i inne wynalazki z tworzywa. Tego na szczęście nie muszę kupować. Ostatnio wzbogaciłem się o Sandre delalande, G-gruba (swoje urwałem wszystkie) i jakiegoś fajnego ripperka.

Kogutów deficyt. Pora zrobić kilka brzydali na główkach jigowych (a przy okazji napisać o tym artykulik – niebawem) – tych „fachowych” (z kotwiczką o trzech grotach) nie uznaję. Jeden grot mocniej przenosi siłę zacięcia na twardą mordę sandacza niż kotwica, gdzie siła rozłożona jest na 3 ostrza. I nie obchodzi mnie co piszą autorytety od sandaczy, dla których sandacz to kogut, łódka i zbiornik zaporowy. Przetestowałem wszelkie rozwiązania kogutowe i mam swoje zdanie na ten temat, a jak zobaczycie jakie proste i brzydkie koguty robię zerowym niemal kosztem, to będziecie się śmiać. Ja się za to będę śmiał wklejając zdjęcia sandaczy, które na nie złowię. Co ja mówię – chociaż sandacz to moja ulubiona ryba, o której wiem naprawdę wiele, to buńczuczny być teraz nie powinienem. Wisła to pobojowisko po powodzi, które nadal płynie niczym niagara w kolorze błota. Oby sandacze i sumy nadal były, bo jeśli upadłby rybostan, to nie wiem co bym począł wtedy. Do końca sezonu okonie i małe szczupaki w małym bajorku, w którym teraz łowię? NIEEEEEEEEEEEE!!!!!
Wróćmy do rozważań dotyczących przynęt. Pozwolę sobie postawić daleko idące założenie – że niedługo poziom wody w Wiśle opadnie i się ustabilizuje, a woda nieco oczyści z mułu (OBY!). Po przejściu wielkiej wody, prawdopodobnie wiele z moich miejscówek nie będzie nadawała się do niczego. Dołki mogą zostać zasypane, podobnie przykosy, rynna może nieco się zmienić. Kilka pierwszych wypraw poświęcę na przechadzkę wzdłuż brzegu, czytanie wody i sondowanie dna. Wszystko po to, by aktualizować swą wiedzę o miejscówkach. Zatem początkowo tylko jigi w pudełku + ewentualnie kilka lekkich, podłużnych woblerków i wahadełek na okazję, gdybym zaobserwował podpowierzchniowe harce wieczorem.

naturalnie ubarwiony wobler

naturalnie ubarwiony wobler

O podstawowych przynętach na sandacze, których komplecik można nabyć za około 100 zł już pisałem. Mój arsenał przynętowy jest nieco bogatszy – bynajmniej nie dlatego, że jestem jakimś burżujem, albo kolekcjonerem przynęt. Po prostu „moje” sandałki mają różne upodobania i niekiedy lubią brać na przynęty, których ich kuzyni z innych rzek, czy jezior nawet by nie tknęli. W ten sposób, podczas eksperymentowania wynalazłem kilka killerów, które chociaż z wyglądu niepozorne, to dają się smokom do wiwatu. Ktoś, kto widzi po raz pierwszy moje pudełko z sandaczowymi jigami, patrzy na mnie jak na oszołoma.

Pomijam fakt, że wielu spinningistów nadal nie wie co to jest worm albo tuba, ale moje 20 cm jaszczurki naprawdę straszą ludzi :-D

Kolorystyka moich gumek też nie idzie w parze z nadwiślańską „modą” przynętową innych wędkarzy. Staram się wręcz stosować inne wzory, wielkości i kolory niż te, którymi łowią inni. Wolę zaskoczyć rybę, niż podsuwać jej gumsko, które widziała juz N-razy.
Inaczej rzecz ma się jeśli chodzi o woblerki. Czerwcowego sandacza można śmiało poszukiwać zaraz pod lustrem. Zwłaszcza wieczorem często smoki się tam pokazują. Polują pod powierzchnią albo na płyciźnie goniąc uklejki, albo nad kilkumetrowym dołem łapiąc kleniki, jazie i płotki. Złowić podpowierzchniowego sandacza jest trudniej niż klasycznie łowiąc z opadu w strefie przydennej. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że plecionka pod powierzchnią wody jest o wiele lepiej widoczna dla ryby, niż na większej głębokości. To tylko moja teoria, ale łowiąc wpół wody i przy dnie, wyniki mam zawsze lepsze. Polując na płyciźnie stosuję klasyczne wobki rybkokształtne. Raczej jasne, srebrne, imitujące narybek. Na opaskach wieczorami i w nocy lepsza od woblera jest podłużna srebrna wahadłówka. Np. „Mors” polspingu.

Prowadzony na głębokości 1-1,5 m jednostajnym tempem staje się koszmarem sandaczy. Z wobków niezły jest x-rap rapali i shallow shad rap.

W ubiegłym roku niezłe efekty z podpowierzchniowymi sandaczami miałem na fire tigera produkcji Tomka Krzyszczyka.

Przejdźmy do gumek. Ripperki i kopytka idą na pierwszy ogień. Wybieram wzory rybkopodobne i jasne. Białe, kremowe, perłowe, żółte, czasami fluo. Oprócz klasycznych kopyt i ripperów stosuję rippery wielokrotnie łamane.

Twistery służą mi jedynie do sprawdzania miejsc z zaczepami (jakoś nie szkoda mi ich urywać, bo mam jeszcze spore zapasy tych przynęt). Sondując dno twisterami miewam niezłe efekty, zwłaszcza w miejscach gdzie nikt nie łowi. Niestety takich miejsc jest jak na lekarstwo. Trzeba kombinować z ripperkami, ich kolorami, wielkościami, a przede wszystkim gramaturą główki. Prędkość opadu jiga, to często warunek ważniejszy niż sama przynęta jeśli chodzi o złowienie ryby. Niegdyś zacząłem także kombinować ze zbrojeniem ripperów i kopyt na „dead fisha” – czyli wbijać główkę jigową, by wystawała z boku przynęty, bądź nawet zbroić rybkokształtne silikony „do góry nogami”.

Warto mieć w pudełku jakiegoś shada z wtopionym obciążeniem i żywymi oczami. Co roku jak widzę nowe wzory gumek, z holografią w środku i całą tą resztę wynalazków, to się zastanawiam „kiedy ja to wszystko sprawdzę?” Ostatnio, to aż się boję chodzić do „decathlonu” ;-)

Skomentuj na forum: http://extreme-fishing.pl/forum/showthread.php?tid=91

Przynęty “za stówę” cz. IV Przynęty na sandacza

Dodano: listopad 20th, 2009 by admin  |  Comments Off

Tutaj będzie można rozwinąć nieco swój ogólny arsenał wabików. Przy założeniu, że już wydaliśmy jedną „stówę” na przynęty szczupakowe, to wiele z nich będzie przydatna na sandacza. Głównie chodzi o gumy i wahadłówki. Przydać się może wobler. Mimo wszystko żeby być rzetelnym, to podam dwa warianty przynęt sandaczowych. Dla wędkarzy kompletujących pudełko „od zera”, jak i dla takich, którzy zdążyli się już zaopatrzyć w przynęty „pod kątem” szczupaka.

Wariant I – dla tych, którzy się już obkupili w gumy i wahadła, podam te propozycję wabików, które warto mieć w swoim arsenale, a które nie są drogie.

Twistery – długość 7 cm. – klasyki, należy pamiętać, że na wodach o dużej presji wędkarskiej lepiej z nich zrezygnować, na korzyść innych wabików. Z twisterów proponuję po jednej sztuce dla każdego z kolorów:
- fluo seledynowe;
- fluo pomarańczowe;
- biały;
- perłowy;
- fioletowy;
- brązowy;
- czarny;
- szary.
Razem 8 gumek po 80 gr/szt to daje razem 6,4 zł
Do tego dochodzą główki o gramaturach:
2 szt – 8 gr
2 szt – 10 gr
2 szt – 12 gr
2 szt – 16 gr
Koszt główki to 1,5 zł, zatem mamy 12 zł + 6,4 = 18,4 zł

Jako, że sandacze z niewiadomych przyczyn czasem wolą skaczącego po dnie koguta, od ładniej wyglądającej gumki, to proponuję zakupienie 3 kogutków o gramaturach: 15, 20 i 25 gr. Koszt to 4 zł/szt, a więc razem mamy 12 zł

W tej chwili wydaliśmy już z naszego budżetu 30,4 zł

Idziemy dalej. Woblery, proponuję 4 sztuki. Nie jakieś salmo, ani handmade’y, tylko coś tańszego. Z seryjnej produkcji mogą to być jaxony, robinsony, albo lovec rapy. Smukłe, o srebrzystych bokach. Długości jakie proponuję to: 6, 8, 10 cm. Srebrne z czarnym albo błękitnym grzbietem. Do tego jeden “wariat” fluo, o długości pomiędzy 7 a 9 cm. Koszt jednego wobka to 12 zł. Zatem łączny ich koszt to 48 zł.

Podsumowując – wydaliśmy już 70,4 zł.

Pozostało „zaszaleć” i kupić kilka gumek nietuzinkowych. Proponuję 3 wormy, dwie jaszczurki i dwie żaby, oraz jakiegoś tubowca. Razem 8 przynęt po 2 zł/szt. Co daje 16 zł.

Pozostało 13,6 zł – na główki do naszych fantazyjnych gumek.

Wariant II – dla tych, którzy nie zaopatrywali się w przynęty szczupakowi, bo np. u nich nie ma szczupaków, albo mają już wypracowane własne „łowne killery”.

Twistery – długość 7 cm. – klasyki, należy pamiętać, że na wodach o dużej presji wędkarskiej lepiej z nich zrezygnować, na korzyść innych wabików. Z twisterów proponuję po jednej sztuce dla każdego z kolorów:
- fluo seledynowe;
- fluo pomarańczowe;
- biały;
- perłowy;
- fioletowy;
- brązowy;
- czarny;
- szary.
Razem 8 gumek po 80 gr/szt to daje razem 6,4 zł
Do tego dochodzą główki o gramaturach:
2 szt – 8 gr
2 szt – 10 gr
2 szt – 12 gr
2 szt – 16 gr
Koszt główki to 1,5 zł, zatem mamy 12 zł + 6,4 = 18,4 zł

Do tego kopyta, op 1 sztuce z każdego rodzaju barwy:
- biały/perłowy z czarnym grzbietem;
- biały/perłowy z błękitnym grzbietem;
- fluo
- złocisty

Każde kopyto w dwóch wersjach wielkościowych: 6 i 8 cm. Razem 8 kopyt po 1,5 zł/szt + główki w takich samych gramaturach jak przy twisterach. Wychodzi łącznie 24 zł.

Razem wydaliśmy: 42,4 zł

Pora na wahadła. Dwa srebrne gnomy o rozmiarach 1 i 2 w barwie srebrnej – 4zł/szt = 8 zł

Trzy kogutki o gramaturach: 15, 20 i 25 gr. Koszt to 4 zł/szt, a więc razem mamy 12 zł (jak w wariancie I).

Uzbierało się 62,4 zł

Cykada (przeznaczona tylko na doskonale znane miejsca, bo łatwo ją urwać, zwłaszcza jak ktoś dopiero stawia pierwsze kroki z nią). Proponuję klasyczną, srebrną cykadę o wadze 10-12 gr. Koszt 12 zł/szt (wiem, ze to chore, ale takie są ceny cykad).

Dwa wobki 7-8 cm, fluo i srebrny klasyk, niezbyt głęboko nurkujące (na 1-1,5 m). Koszt 12 zł/szt, czyli razem 24 zł.

I tym sposobem wydaliśmy 98,4 zł.

Skomentuj na FORUM

Październikowe sandacze

Dodano: październik 16th, 2009 by admin  |  Comments Off

Nastała przedwczesna zima, która (jak zwykle) zaskoczyła drogowców. Matka natura zgotowała w tym roku też kilka powodzi. Woda to straszny żywioł! Gdy tylko zechce – człowiek nie ma z nią szans. Czy musi tak być? Opady śniegu w połowie października? Gdzie ta “złota, polska jesień”? Mam nadzieję, że jeszcze przyjdzie i pogoda się ustabilizuje, na jeden lub dwa tygodnie. Z braku czasu od września słabo u mnie z łowieniem. A nadchodzi dla mnie najlepszy czas połowu mętnookich. Praktycznie co roku październik darzy mnie pięknymi sandaczami. Niektórych niestety nie udaje się wyjąć z wody – skąd my to znamy? ;-) Taki urok tej ryby. Niby nie waleczna, ale odpiąć się lubi w czasie holu. Ale ja już od dawna nie żałuję gdy ryba mi się zpenie. Widocznie tak miało być. Tym razem wygrała. Może w rewanżu to ja okażę się zwycięzcą i wypuszczę zdobycz, w nadziei że zmierzymy się jeszcze i jeszcze raz. Gdy będzie większa, silniejsza, sprytniejsza. Październikowe wieczory nad wodą ze spinningiem to cudowna sprawa. Już nie siedzę do 1:00 w nocy. Nie dlatego, że mi się nie chce. Po prostu ziąb i wilgoć nie pozwala. Z dwa wypady październikowo – listopadowe może wytrzymam do 23:00 – 24:00. Ubrany pancernie, prawie jak eskimos. Kurtka wiatroszczelna, goretex, rękawiczki bez palców i te sprawy. Jestem pewny, że na swoich miejscówkach napotkam kabana. Metoda, którą stosuję o tej porze roku, to przeczesywanie dołków i stref przybrzeżnych o kamienistym dnie. Wędzisko przygotowane. Plecioneczka nowa na jednej szpulce (10 LB) i nieco zużyta (8LB) na drugiej. Podczas wypraw obok mojej sandaczowej, sztywnej wklejanki, towarzyszy mi również średni zestawik castingowy z plecionką 20 LB. Powoli zaczynam się przyzwyczajać do dwóch wędek na łowisku. Castingiem zaczynam czesać na początku w każdej miejscówce. Przynęty spore. Gumy od 13 do 22 cm. Przesada? Nic z tych rzeczy. Sandacze łowię na duże przynęty równie często, jak na średnie i znacznie częściej niż na małe.

Ponadto interesują mnie większe osobniki. A duża przynęta zawsze jest bardziej selektywna niż mała. Wiem, wiem, że łowi się wielkie ryby na małe przynęty i małe ryby na wielkie luresy. Ale swoje łowisko znam i wiem co i jak. Tutaj wiele rzeczy jest na opak od powszechnie głoszonych teorii. W końcu ryby tych teorii znać nie muszą. ;-) Trzeba tylko być elastycznym i starać się dopasować do rybich upodobań. Jeśli nie na podstawie logiki i doświadczenia wędkarskiego, to trzeba eksperymentować. I nie bać się tego. Właśnie eksperymentując, udało mi się stworzyć kilka ciekawych i skutecznych patentów na swoich łowiskach. Trzeba oczyścić umysł z wszyskiego co wyczytamy w prasie wędkarskiej, obejrzymy na filmach i usłyszymy od kolegów. “Wobler szczupakowy” – może kompletnie nie działać na szczupaki, za to na sandały może się okazać killerem. Przynęta “na bassy wielkogębowe” albo “na muskie” może u sandaczy spodowować syndrom BNDW (Bezkresnej Nienawiści Do Wszystkiego :-) ). I tutaj gdzie kolega z białym kopytem o czarnym grzbiecie schodzi o kiju, można się obłowić na worma, raka, jaszczura, albo jakąś inną ośmiornicę w barwach, które cały sezon były przez ryby całkowicie olewane.

W pierwszej kolejności konieczne jest znalezienie miejsc gdzie sandacz będzie na pewno. A będzie na dużej głębokości, gdzie na dnie znajdują się kamienie albo większe głazy. Ideałem jest, gdy w pobliżu brzegu jest płycej i spławikowcy łowią tam białą rybę. Wtedy wybór przynęty jest prosty. Ripper, kopytko, shad – czyli coś co przypomina rybę w miarę naturalnych kolorach. Czyli “sandaczowe klasyki”. Gdy one zawodzą w takim miejscu, dobrze jest poeksperymentować, albo zmienić miejsce od razu (zwłaszcza gdy widzimy, że ktoś tam łowił/łowi przed nami). Wbrew pozorom sandacza łatwo jest spłoszyć. Co innego, gdy nasz znajomy spławikowiec nęcił tam regularnie. Zbiera się tam sporo drobnicy, a także leszczy i karpi. Ich obecność ściąga tam sandacze jak magnes. Niestety nie siedzą tam cały czas, a wpadają jedynie na posiłek, który trwa od 20 do 30 minut. Sandacze (nawet te przyzwoite) lubią w takich sytuacjach polować w stadzie. Problemem jest tylko namierzenie odpowiedniej pory polowania starszych roczników. Gdy jedno stadko skończy jedzenie, to po jakichś 30-40 minutach przychodzi następna zmiana i jedzą na nowo. Żerowania nie widać na powierzchni, jak to ma miejsce w lecie. Wszystko odbywa się głębiej. Ale jak ktoś jest “wrzucany” w dane łowisko i zacznie się bawić delikatnym sprzętem, to może to bardzo łatwo rozpoznać chociażby po ilości brań. Nie mam na myśli słynnych “sandaczowych pstryknięć”, a lekkie skubnięcia i przytrzymania przynęty. Do tego konieczna jest wklejanka. Jak ktoś przyzwyczai się do pełnej koncentracji na szczytówce, będzie wiedział co mam na myśli. Te lekkie brania są nie do zacięcia, ale doskonale sygnalizują to, co się dzieje pod wodą. Po każdym stwierdzeniu brania, którego nie uda się zaciąć, sugeruję zmianę przynęty. W końcu dobierze się właściwą. Czyli taką , w którą ryba przywali z całej siły. Sposób prowadzenia powinien być natomiast typowy dla sandaczy. Czyli opad i jigowanie. W ostatnim czasie obejrzałem kilka filmów produkcji polskiej o łowieniu sandaczy. Opisane i pokazywane są tam techniki prowadzenia przynęty. “Jedno podbicie”, “dwa podbicia” itp. :-) Bzdura! Jak ktoś myśli że wymyślanie prymitywnych wzorów w prowadzeniu przynęty jest kluczem do sukcesu, to proponuję zważenie sobie głowy. Łowienie metodą “z podwójnego podbicia” i zmiana później na “jedno podbicie”, w celu znalezienia odpowiedniego psosobu prezentacji wabika, jest bez sensu ponieważ: przynętę można prowadzić na jedno podbicie, dwa, trzy, cztery, siedem, pozostawiać ją na dnie na kilka/kilkanaście sekund w bezruchu itp. I tak powinno wyglądać każde przeprowadzenie naszego wabika, od wpadnięcia do wody, aż po doprowadzenie go do brzegu. W ten sposób szybciej jesteśmy w stanie stwierdzić jaka technika prowadzenia bardziej odpowiada rybie. Machanie “podwójnym podbiciem” przez dwie godziny bez efektu, jest bez sensu np. w stytuacji gdy ryby wolą brać przynęty leżące na dnie, powoli opadające, powoli podciągane itp. itd. Więc jak komuś się chce każdą metodę sprawdzać “sztywno” przez dwie godziny, a nawet tylko pół godziny, to powodzenia mu życzę. Jak nie będzie miał szczęścia to może za kilkanaście godzin mu się uda. ;-) Nieregularne i różnorakie techniki są najlepsze! Jeszcze kilka słów o nich. Nie muszę przyopminać, że plecionka powinna być bez przerwy napięta! Koncentracja powinna być na najwyższym z możliwych poziomów psychofizycznych, na jakie jesteśmy się w stanie zdobyć! Jest to męczące bardzo (głównie mentalnie), ale dzięki temu można w dwie godziny złowić więcej ryb niż Ci, którzy robią to niedbale, są w stanie złowić w kilka dni. I nie jest to wcale przesada. Jesienny sandacz w niektóre dni bierze tak delikatnie, że naprawdę ciężko to zauważyć, a każde poluzowanie linki, czy chwila rozkojarzenia, której się dopuścimy tylko ułatwi mu zadanie. Zaraz gdy tylko przynęta wpadnie do wody, należy zamknąć kabłąk (a jeszcze lepiej zrobić to zanim ona wpadnie) i wykasować luz linki korbką. Brania się często zdarzają w czasie opadu, właśnie wtedy, gdy po rzucie zmierza ona w kierunku dna. Lepiej być na to gotowym. Bo sandacze mogą “siedzieć” właśnie tam, gdzie kończy się nasz zasięg rzutu. W zasadzie staram się łowić tylko na jigi i tylko na wirówki z przednim obciążeniem, które sam wykonuję. Niektóre modele tych ostatnich są też moją bronią na sumy. Genialnie penetrują dno i dobrze wabią ryby z większej odległości. Można nimi łowić w opadzie i prowadzić tak samo jak jiga – skacząc po dnie. Typowe “oranie dna” ciężkim jigiem (jak to ma miejsce na niektórych zbiornikach zaporowych) uważam za sposób gorszy, niż powolne skoki i podciągnięcia. Oczywiście są sytuacje, gdy ta metoda daje dobre rezultaty, ale ja poświęcam jej jedynie kilka rzutów, tylko w sytuacjach, gdy inaczej nie udaje mi się sprowokować sandacza. Ciężar jiga to kolejny szeroki temat. To głównie od niego zależy w jakim tepmpie jig będzie opadał. I nie ma tutaj złotego środka. Trzeba wziąć poprawkę na głębokość, uciąg wody (jeśli łowimy w rzece) i… grubość plecionki jaką stosujemy. Te grubsze stawiają większy opór w wodzie i przy korzystaniu z nich konieczne jest użycie cięższego łba w przynęcie. No i kilka słów o przynętach. Guma to numer jeden. Z braku czasu rzadko stosuję twistery!

Najczęściej zaczynam od kopyt i ripperów, a jeśli to nie skutkuje, to przechodzę na moje ulubione dziwolągi. Kolorystykę ograniczam mocno. Ale jak ktoś jest początkującym, to radzę mieć jak najwięcej kolorów i testować wszystkie (najlepiej z kolegą albo kilkoma kolegami). Na różnych łowiskach barwy mają różne działanie. W ubiegłym roku u mnie skuteczny był brąz, szary, czarny i fluo. Dwa lata temu rządził pomarańczowy: matowy i jaskrawy, a także fioletowy. Swoje łowy zaczynam od tego co było skuteczne wcześniej i tego staram się trzymać. Ale jak w podwodnym świecie “zmieni się moda”, to musze kombinować. W tym celu staram się na każdy wypad zabrać kumpla, albo dwóch najlepiej. Oczywiście takich, którzy wiedzą co robią i nie naopowiadają wszystkim naokoło o dobrej miejscówce! Razem testujemy skutecznośc poszczególnych przynęt. I jeszcze jedno. Jeśli ktoś z was zobaczy, że złowiliście przyzwoitą rybę (np. wędkarz łowiący po drugiej stronie rzeki, albo ktoś kto jest w pobliżu), to za nic na świecie nie zdradzajcie swojej przynęty. Niech dalej się trzyma białych twisterów i perłowych kopyt! Więcej ryb w wodzie – tym lepiej, a mięsiarzy nie brakuje.

Skomentuj na FORUM

Początek sandaczowego sezonu w rzece nizinnej

Dodano: maj 26th, 2009 by admin  |  Comments Off

Pierwszy czerwiec, jest dla niektórych spinningistów ważniejszą datą niż 1 maj. „Święto sandacza!” Mętnookie wypierają szczupaki z naszych wód w zastraszającym tempie. Nie będę dociekał wszystkich przyczyn tego zjawiska bo i po co? Fakt, faktem, że sandacza jest na pewno trudniej złowić, niż szczupaka i że nie każdy to potrafi. Jest to ryba dość trudna technicznie – co moim zdaniem jest zaletą. Nie każdy umie go złowić. Być może, to właśnie jest jedną z przyczyn większego pogłowia tego gatunku w ostatnich latach. Ja jednak nie narzekam. Sandaczami mogę nadrobić szczupakowe braki, które spotykam na swoich łowiskach. A mętnookie ryby łowi się bardzo ciekawie. Ciekawiej nawet od szczupaków. Na początku czerwca, po tarle, drapieżnik ten żeruje dość intensywnie. Z moich obserwacji wynika że robi to 3-4 razy w ciągu doby. Łowić je można przez cały dzień i w nocy. Za najlepszą porę uważam godziny 19:00 – 22:00 oraz 0:30 – 1:30 – czyli wieczór i noc. Gorzej bywa z wybraniem miejscówki, chociaż na nizinnej rzece, nie powinno być z tym problemu. Sandacze lubią wieczorami żerować stadnie. Idąc wzdłuż rzeki, już z daleka można zaobserwować ich ataki na drobnicę. Po zlokalizowaniu miejsca połowu, należy się starannie do niego przygotować. Wybieramy dokładnie stanowisko, w którym będziemy stać, z dobrym miejscem do lądowania ryby niedaleko siebie. Obserwujemy chwilę wodę w polaroidach. W promieniach zachodzącego słońca widać w nich naprawdę wiele. Dokładnie możemy zlokalizować, w których miejscach atakują ryby i z jaką częstotliwością. Notujemy nasze obserwacje w pamięci, by wiedzieć, gdzie podawać przynęty. Pozostaje uzbrojenie zestawu.

Sprzęt
Z kijów moim najlepszym “sandaczowcem” jest sztywna wklejanka o długości 270 cm i ciężarze wyrzutu 4-16 g. Moim zdaniem przekraczanie granicy 25 g podczas połowu w rzece nie ma sensu. Używać będziemy przynęt i tak nie cięższych niż 14-16g. a najczęściej znacznie lżejszych. Ważne jest, by kij był sztywny, aby można nim było wykonać solidne zacięcie. To samo dotyczy kijów castingowych. Długość nie ma praktycznie żadnego znaczenia, o ile kijem da się sandaczowi „skuć ryja”. Kołowrotek o stałej szpuli, lub multiplikator niskoprofilowy, przeznaczony do rzucania lekkimi wabikami. Co do tego pierwszego, to radzę zwrócić uwagę na rolkę. Powinna ona być szczelnie obudowana, by nie zakleszczała się w niej cienka plecionka. O precyzyjnym hamulcu w kołowrotku spinningowym, chyba przypominać nie muszę? To samo tyczy się multika. Linką jakiej najlepiej jest używać, to bezwględnie plecionka. Łowienie sandaczy na żyłce, jest całkowicie bezsensowne z powodu jej rozciągliwości, która uniemożliwia wykrycie delikatnych brań oraz wykonanie zacięcia z większej odległości. Parametry linki to od 10 do (maksymalnie!)15 Lb. Grubszych nie ma sensu, “piętnastofuntówka” spokojnie wystarczy do wyholowania nawet metrowego okazu, gdyby się taki trafił. Ja osobiście preferuję 10 LB i przy niej obstaję. Uważam, że im cieńsza, tym lepsza. Rewelacyjne do połowów sandaczy wieczorem są plecionki w barwie fluo. Końcowe dwa metry można zapobiegawczo pomalować ciemnym flamastrem (zieleń, czerwień), by nie wzbudzać podejrzeń u ryb. Można też dowiązać półmetrowy przypon z fluorocarbonu.

Przynęty
W tej kwestii stosuje kilka uproszczeń. O tej porze roku do lamusa odchodzą przynęty, którymi łowię w większych głębokościach na jesieni. Chodzi przede wszystkim o kolory i zakres głębokości pracy wabika. Pierwszym uproszczeniem jest kolor. Łowię na przynęty jasne. Drugą zasadą jest głębokość podania – płytko, nie głębiej niż 1-1,5 m pod powierzchnią wody.

Jako pierwsze idą w ruch gumy. Twistery raczej odpuszczam. Wolę rippera albo kopyto. Czerwony akcent w okolicach główki, niebieski lub czarny grzbiet i długość od 5 do 10 cm. Główka jigowa niezbyt ciężka. Od 7 do 10 g. Zaczynam oczywiście od gumek większych rozmiarów. Jak będzie się kręcić w pobliżu większa sztuka, to prędzej się pofatyguje za 10 cm rybką niż 5 cm “paprochem”. Gumy staram się prowadzić jednostajnym i równym tempem na jednej głębokości. Dopiero gdy nie ma żadnych skubnięć to rozpoczynam kombinatorykę. Przechodzę na główki lżejsze (7 g) i na ułamki sekund przerywam zwijanie linki. Tak aby wabik nieco opadał. Po takiej krótkiej przerwie podnoszę szczytówkę do góry i przyspieszam zwijanie na 2-3 obroty korbką, by przynęta wróciła na swój “stały tor”. Prowadząc przynętę, nie spodziewam się potężnych targnięć kija. Chociaż obserwowane żerowanie sandaczy może wyglądać na bardzo agresywne ataki, to podejrzaną, gumową rybkę, mogą one podskubywać lekko i ostrożnie. Dlatego wpatruję się bacznie w szczytówkę kija, by tychże skubnięć nie przegapić. Podobnie jak w metodzie łowienia “z opadu” – tnę mocno każde dziwne zachowanie szczytówki albo plecionki.
Gdy sandaczom nie podoba się moje łowienie i niewiele mogę wskórać, przechodzę na woblery. Oczywiście uklejopodobne, białe i srebrne. Nie pogardzę też “firetigerami” w kolorze fluo. Sandacze nimi też nie gardzą.

Czasami wykorzystuje nawet niektóre modele “boleniówek” – bywa, że sandacze je też lubią. Woblerki mogą być pływające lub tonące. Najważniejsze, żeby dało się je poprowadzić znacznie wolniej, niż gumki oraz wykonywać nimi ewolucje, których gumki „nie potrafią”. Wobka pływającego można zatrzymać na kilka chwil, żeby powoli unosił się do powierzchni, można też przyspieszyć zwijanie, by zanurkował głębiej agresywnie pracując, co może sprowokować sandała.

To samo tyczy się woblerków tonących. Niekiedy ryba uwielbia nieruchomą, powoli opadającą do dna, ofiarę. CZasem najlepszy jest wobek w wersji neutralnej. Po zatrzymaniu w miejscu, stoi, nie wynurzając się, ani nie opadając. Po prostu stoi na jednej głębokości w toni. Zdarza się, że zostaje zaatakowany właśnie podczas takiego postoju.
Metalowe zabawki – czyli wahadła i cykady. Oczywiście srebrzyste. O ile z wahadłówek wybieram lżejsze (do 16g), podłużne, chodzące płycej, to cykada może być ciężka. Po zmroku może zdziałać cuda.

Gdy tylko wpadnie do wody, podnosimy kij do góry i mielimy ile fabryka dała. Sposobem niektórych “boleniowców” – pod samą powierzchnią. Sandacz zdąży! Nie ma się co martwić. Tutaj nie będzie lekkiego skubania, ale solidne walnięcie, które kwitujemy natychmiast mocnym zacięciem i poprawiamy kolejnym.
Holowanie sandała zapiętego po cichu w ciemnościach, w albo zapadających ciemnościach, wolę robić pod powierzchnią wody. Dlatego “nic na siłę”. Owszem – zdecydowanie w holu – jak najbardziej wskazane, ale nie “na chama” – jak się go podciągnie kijem pod powierzchnię, to może wyskoczyć chlapiąc, a wtedy spłoszenie pozostałych murowane.
Jedynym problemem podczas tego typu połowów, jest fakt, że zamiast sandacza na kiju uwiesi się przedwczesny sum. Tak czy siak, zabawa może być przednia. Cokolwiek to będzie, czy “legalny sandacz”, czy “sum pod ochroną”, zwróćmy koniecznie rybie wolność. Jutro, za tydzień, za rok, znów będziemy na rybach, może spotkamy tego samego drania, ale większego i mocniejszego – dajmy jemu i sobie szansę na to spotkanie!

Skomentuj na FORUM

Jak złowić sandacza – turtorial spinningowy

Dodano: kwiecień 8th, 2009 by admin  |  Comments Off

SANDACZ

Sandacz jest przedstawicielem rodziny okoniowatych. Okonia bynajmniej nie przypomina. Ciało ma wydłużone, a paszczękę uzbrojoną w zęby. Występuję w rzekach nizinnych, jeziorach i zbiornikach zaporowych. Można go także spotkać w strefie przybrzeżnej morza. Grzbiet ma zielono – szary i biały brzuch. Boki są ozdobione pionowymi pręgami. Oczy – opalizujące, niemal świecą w ciemności. Sandacze dorastają teoretycznie do 120 cm i około15 kg wagi. Sandacz jest na większości wód w Polsce dominującym drapieżnikiem – mowa oczywiście o wodach nizinnych. Kilkadziesiąt lat temu, na 20 złowionych szczupaków znalazł się jeden sandacz, obecnie proporcje te mają się niemal odwrotnie.
Sandacze mają doskonały wzrok. Świetnie widzą w ciemności i w bardzo mętnej wodzie. Ich ulubionym pożywieniem są: ukleje, jazgarze, kiełbie, stynki, większe osobniki jedzą też płocie i karasie. Oprócz tego sandacz lubuje się w innych stworzeniach: żabach, jaszczurkach, pijawkach, glistach. Młodsze sandacze często żyją stadnie. Starsze prowadzą najczęściej samotny tryb życia. Przyjmuje się, że sandacz żeruje 2 razy w ciągu doby. Raz o brzasku, a drugi raz po zachodzie słońca. I jest to mit. Wie o tym każdy, kto złowił sandacza w środku dnia (a dzieje się tak bardzo często), albo w środku nocy (standard). Jak dla mnie najlepszą porą na sandacza jest wczesny zmrok, chociaż zdarza się, że sandały ruszają dopiero po godzinie pierwszej w nocy. Sandacze najlepiej zaczynają żerować w drugiej połowie września. Wtedy stają się dla mnie rybami numer 1 i to głównie im poświęcam swoje późno jesienne i wczesno zimowe połowy. Biorą świetnie nawet jak już leży śnieg i można je łowić aż do 31 grudnia.
Latem poluję na sandacza przy powierzchni i w zasadzie tylko w nocy!
Jesienią zawsze szukam na kamienistym dnie. Czy jest to rzeka czy woda stojąca. Tam o niego najłatwiej. O tej porze roku wybieram tylko głębokie miejsca, dołki.

Sprzęt
Chociaż wiele autorytetów podaje jako najlepsze wędki na sandacza sztywne kije o c.w. do 40-50g. ja uważam, że to gruba przesada. Sandacze biorą bardzo delikatnie i tak ciężki kij nam nie zasygnalizuje słabiutkiego skubnięcia. Oczywiście kij powinien być sztywny, bo sandacza trzeba zaciąć bardzo mocno – ze względu na jego kościsty i twardy pysk. Dla mnie wystarcza kij o c.w. do 20g. Oczywiście w przypadkach, gdzie nie jest wymagana cięższa przynęta. Wtedy należy dobrać kij o odpowiednich parametrach. Jako że sandacz nie należy do wielkich fighterów, kołowrotek może mieć spore przełożenie – przydatne jest to zwłaszcza podczas kasowania luzów na lince przy technice łowienia „z opadu”. Linka – możliwie najcieńsza. Stosuję tylko plecionki. Zacięcie sandacza z dużej odległości używając żyłki, jest mało realne. Linka w łowisku gdzie nie ma wiele zaczepów, może być cienka. Wpłynie to znacząco na ilość brań. W łowisku pełnym zaczepów (np. zbiorniki zaporowe, gdzie na dnie są karcze itp.) trzeba stosować grubszą i mocniejszą linę – uchroni nas to przed niepotrzebnymi stratami w przynętach.

Technika
Spece od łowienia w zbiornikach zaporowych za najlepszą technikę uważają „opad”. Po zarzuceniu przynęty kasujemy luz na lince i pozwalamy przynęcie (w tym wypadku najczęściej jigowi) opadać na napiętej lince. Podczas opadania wabika bacznie obserwujemy szczytówkę wędki, oraz linkę. Każde ich nienaturalne zachowanie zdecydowanie zacinamy. Szczytówka może się przygiąć, linka może zwiotczeć, naprężyć się, przesunąć w bok itp. Każdy z tych sygnałów może oznaczać delikatne branie mętnookiego. Podczas opadu szczytówka pozostaje lekko przygięta, prostuje się w momencie kiedy wabik osiągnie dno. Gdy już to zrobi, podbijamy przynętę za pomocą kija lub/i kołowrotka, kasujemy luz linki i znów pozwalamy swobodnie opadać. Wbrew pozorom jest to dobry sposób nie tylko na jeziorach i zbiornikach zaporowych. Sprawdza się również w rzekach. Tutaj sprawę nieco komplikuje uciąg wody, na który musimy brać poprawkę. Jednak gdy mamy namierzony głębszy dół o słabszym uciągu i kamienistym dnie, możemy spodziewać się bardzo wiele.
Sandacze można łowić także przy powierzchni, gdzie często żerują na stadach uklejek – zwłaszcza nocą. Wówczas używamy woblerów, wahadłówek i wirówek, prowadząc je umiarkowanym tempem.

Przynęty
Przynęta numer 1 na sandacza są jigi! To właśnie one są idealne do łowienia „z opadu”.
Można wyróżnić ich dwa podstawowe typy najpopularniejsze przy połowie sandacza.
Pierwszą z nich są gumy na jigowym haku.

Wszelkie ich rodzaje, czyli: rippery, twistery, wormy, raki, shady oraz wszystko gumowe co można nadziać na jigową główkę.

Drugą grupą są tzw. Koguty. Przynęty będące połączeniem pomysłów spinningistów i muszkarzy. Mogą być zawiązane na klasycznych jigowych hakach. ednak lata doświadczeń speców od mętnookiego wygenerowały nieco inne zbrojenie. Najczęściej jig, na którym zamontowana jest główka, uzbrojony jest w kotwicę na drucianym stelażu. Oczko takiego jiga jest pod kątem około 45 stopni do osi stelaża.

Potrójna kotwica ma za zadanie lepsze zacięcia i lepsze trzymanie holowanej ryby. Koguty wykonane są z sierści i piór, oraz innych materiałów typowo „muszkarskich”. Kolejną zaletą tej przynęty jest jej naturalność. Pióra i sierść mają swój naturalny zapach i smak. Zatem sandacz trzyma go w pysku nieco dłużej od nienaturalnej, chemicznej gumki.
Woblery – sandacz nie zażera tak jak szczupak, nie ma aż tak potężnej paszczy, dlatego lepsze są w jego przypadku woblerki smukłe, nie wygrzbiecone. Imitacje małych płotek, uklejek, okonków i kleników.

Wahadłówki – jeśli chodzi o sandacza, to chyba najbardziej niedoceniana przynęta. Te z grubszej blachy, które chodzą głębiej są czasem najlepsze podczas wolnego prowadzenia nad dnem. Niestety na rynku mało jest takich przynęt seryjnie robionych, a produkty rękodzielników bywają drogie, a szkoda. Niemniej jednak warto jest mieć kilka podłużnych, dobrze wykręopwanych blaszek o długości 6-10 cm. w barwie matowego srebra i “starego” złota.

Wirówki – rzadko kojarzone z sandaczami, po zmroku potrafią jednak zdziałać cuda, zwłaszca gdy sandacz bije przy powierzchni. Moim faworytem są tutaj blaszki o skrzydełkach typu „long”. Można je wyjątkowo prowadzić nieco szybciej. O dziwo sandacze atakują te przynęty zdecydowanie mocniej niż inne, gdy łowimy klasycznymi metodami.

Hol
Sandacza należy holować mocno, bezpardonowo i zdecydowanie. Jak już wspomniałem, sandacz nie jest fighterem. Czasami jednak jest zwyczajnie niezacięty. Po prostu trzyma przynętę w pysku i daje się holować. W momencie kiedy ją puści – koniec zabawy – odpływa. Sam hol tej ryby kojarzy się z ciągnięciem cegły pod wodą. Idzie ciężko, ale idzie.

Gdy już mamy go przy brzegu/łodzi najlepiej użyć chwytaka albo lądować ręką. Rybę delikatnie uwalniamy szczypcami i siup do wody!

Skomentuj na FORUM

Jigowanie

Dodano: kwiecień 8th, 2009 by admin  |  Comments Off

JIGOWANIE

Każdy spinningista zna to pojęcie, ale nie każdy do końca praktycznie wie “z czym się to je”. Samo łowienie na przynęty zwane „jigami”, nie musi oznaczać jigowania. Osobiście znam wędkarzy z wieloletnim stażem, którzy owszem – łowią nieźle i mają spore sukcesy, a sami otwarcie przyznają że nie umieją jigować i z np. sandaczami mają spory problem. Jigowanie to technika łowienia na przynęty zwane „jigami”.
Masło maślane… Aby coś powiedzieć o jigowaniu, należy więc najpierw zdefiniować czym jest „jig”. Moim zdaniem najbliższa prawdy jest definicja pana Jacka Jóźwiaka, która głosi: „Jigiem może być praktycznie wszystko…” (Wiadomości Wędkarskie 10.1994, s. 31). Bo tak jest w rzeczy samej.

Jigiem jest nie tylko to, co możemy spotkać w sklepach, czy na allegro pod tą nazwą. Cokolwiek uwiesimy do zestawu i będziemy tym jigować stanie się jigiem.

puchowce - idealna przynęta do jigowania

puchowce - idealna przynęta do jigowania

Najczęściej są to wszelkie przynęty zamontowane na jigowej główce. Jigować można od biedy też woblerami tonącymi, wahadłówkami, cykadami, a nawet obrotówkami z obciążeniem umieszczonym przed paletką. Na czym więc polega samo jigowanie? Otóż chodzi o to by przynętą operować nie tylko w jednej płaszczyźnie, ściągając ją, ale by pracowała ona też w płaszczyznach zbliżonych do pionu.

wahadłówka - takimi przynętami też można jigować

wahadłówka - takimi przynętami też można jigować

Poderwanie do góry, opadanie. Wszelkiego rodzaju gumami i kogutami można wręcz skakać po dnie. Na chwilę pozostawiać przynętę w bezruchu i hop dalej. Można wykonywać serię krótkich i szybkich skoków, można też operować przynętą w taki sposób, by nie dotykała dna, a jedynie lawirowała góra-dół wpół wody, bądź nawet pod powierzchnią. Tutaj właśnie pojawia się problem tych, którzy ubzdurali sobie, że nie potrafią jigować.

kogut

kogut

Czytając niektóre artykuły i wypowiedzi na forach internetowych, można dojść do wniosku, że jigowanie, to tylko skakanie po dnie. A to nie prawda! W jigowaniu nie ma żadnych schematów, ani reguł. Że dwa skoki, przerwa, trzy skoki przerwa, jeden skok… to są tylko uproszczenia. Jigować można (a nawet się powinno) jak najbardziej nieregularnie i bez żadnych schematów. Można robić to flegmatycznie po jednym skoku i przerwa. Można też robić całą serię i przerwę, a po niej kilka pojedynczych skoków, oddzielonych dłuższymi przerwami. Reguł co do tego nie ma i tylko od inwencji twórczej wędkarza będzie zależało jak będzie wyglądać jego łowienie. A kombinacji jest nieskończenie wiele.

Technika jigowania
Jak spowodować żeby przynęta poruszała się w sposób jaki opisałem powyżej? Prosta sprawa! Przynętę podszarpujemy kijem w górę (albo w bok na przykład), po czym kołowrotkiem wykasowujemy luz na lince (płynnie, by nie powstawały luzy, przez które można nie wyczuć brania).

Przynętę można nawet podbijać samym kołowrotkiem, jednak uważam że prowadzenie przy pomocy kija jest bardziej precyzyjne i nasz wabik zachowuje się wówczas bardziej naturalnie. Kwestia wprawy łowiącego – ja wolę kijem, ktoś inny młynkiem. Można także połączyć te dwie metody i prowadzić przynętę za pomocą wędziska i kołowrotka.

Klasyczne jigowanie z „opukiwaniem dna” znane głównie ze zbiorników zaporowych i polowań na sandacze polega na ciągłym kontrolowaniu opadającej przynęty. Po zarzuceniu wabika, kasujemy luz na lince i unosimy wędzisko do góry. W tym momencie przynęta opada na dno. Nasze zadanie w tej fazie polega na bacznym obserwowaniu szczytówki i linki. Każde przygięcie kija, bądź poluzowanie, nagłe naprężenie, poluzowanie linki, czy jej „odjazd” w bok kwitujemy zacięciem. Szczytówka podczas opadania powinna być lekko przygięta. Kiedy wabik dotrze do dna, powinna się wyprostować. Podciągając przynętę (czyli wykonując kolejny skok), znów przygniemy szczytówkę i podczas lądowania na dnie wabika ona znów się wyprostuje. Pamiętać musimy jednak, że linka musi być bez przerwy napięta. Prawda że proste? W ten sposób można złowić dosłownie każdego drapieżnika. Nie tylko w wodzie stojącej, ale także w rzece. Stukać po dnie można też małymi jigami, warunkiem jest wtedy odpowiednio delikatny i czuły zestaw, najlepiej z wklejanką.
Jigowanie wpół wody. Domena połowu okoni na paprochy. Dla mnie to chyba ulubiona technika połowu tej ryby.

okoń - najczęstsza zdobycz jigowców

okoń - najczęstsza zdobycz jigowców

Lekko obciążany wabik ciągniemy kołowrotkiem lekko doszarpując szczytówką. Paproch, ripperek, czy puchowiec wyprawia wówczas w wodzie rzeczy niestworzone. Można też co jakiś czas położyć go na dnie. Można także co jakiś czas przerywać zwijanie i pozwalać na sekundę – dwie opadać przynęcie, by za chwilę podciągnąc ją ku powierzchni.
Jigowanie podpowierzchniowe. To z kolei doskonała technika łowienia boleni. Można stosować każdą gumkę i ciągnąć pod powierzchnią podszarpując – jak w przypadku okonia. O dziwo bolenie dają się najczęściej nabierać nie tylko na ripperki uklejkopodobne, ale także na jasne i szare kogutki.

Praktyka czyni mistrza
Zdaje sobie sprawę z tego, że dla niektórych osób, zwłaszcza początkujących powyższe informacje mogą się okazać trudne do wykonania w praktyce. Zamiast jednak zniechęcać się, że ryba nie bierze, że ciężko wykasować luz na lince i że przynęty nie czuć – próbujmy. Nie od razu Kraków zbudowano! Jeśli nie czujemy przynęty na kiju – spróbujmy lżejszym kijkiem. Jeśli nie nadążamy z kasowaniem linki – spróbujmy kołowrotka o większym przełożeniu.

Starajmy się zsynchronizować ruchy obydwu rąk, by ich praca tworzyła synergiczną harmonię – od tego zależy prezentacja naszego wabika pod wodą – a to jedna z ważniejszych rzeczy w spinningu. Jeśli to opanujecie, to częste dni bezrybia, kiedy blachy i wobki są przez drapieżniki olewane mogą stać się dniami naprawdę rybnymi.

Kilka słów o genezie jigowania

Technika ta przywędrowała do nas zza oceanu wraz z miękkimi przynętami. W Polsce na „gumy” łowi się „po Polsku” – czyli plum do wody, wędka w dół i zwijanie… Efekty takiego łowienia – też się zdarzają – owszem. Jednak w USA, czy Kanadzie takie łowienie jigami jest niewyobrażalne i nielogiczne. Sam znam jednego wędkarza – Polaka, który spinningiem zaraził się w Kanadzie, gdzie pracował przez dwa lata. Zaczynał tam z łowieniem od zera. Po powrocie do kraju nie mógł uwierzyć jak zobaczył nad wodą co nasi rodacy wyczyniają z jigami. Nie docierało do niego, że niektórzy widzą sens w jednostajnym ściąganiu takiej przynęty. Ale jego uczyli fachowcy stamtąd, stąd brak złych nawyków. A uwierzcie mi, że prowadzi przynęty po mistrzowsku i na bezrybie nie narzeka w zasadzie na żadnej wodzie.

Skomentuj na FORUM